Za nami jedne z najsłodszych dni w roku — Tłusty Czwartek i Walentynki.

Dobrze wiem, że pączki nie są dla mnie, a jednak co roku ulegam, choć postęp jest, bo w tym roku był tylko jeden :)

Bo tradycja. Bo wszyscy. Bo przez chwilę wydaje mi się, że „tak trzeba”.

A potem ciało szybko przypomina mi, że nadmiar słodyczy i mąki, nigdy nie kończy się dobrze.

I wiecie co? Z czasem zauważyłam, że podobnie bywa w wielu relacjach.

Kiedy robi się  zbyt słodko — zbyt intensywnie, zbyt gęsto, zbyt szybko — przychodził nagły spadek.

Im więcej cukru, tym trudniejsze potem odchorowanie.

Im więcej obietnic i emocjonalnych uniesień, tym więcej bólu, gdy wszystko nagle opada.

Dziś na szczęście zauważam już zapowiedzi takich sytuacji i od razu się wycofuję. Wybieram coś innego.

Spokój. Równowagę. Stabilność, która nie potrzebuje żadnych fajerwerków ani skrajności.

Bez wychyleń w górę i bez bolesnych upadków w dół. Bez nadmiaru, który musi zostać później odpracowany.

I tego właśnie nam życzę — żeby życie pozwoliło trwać w tym, co spokojne i bezpieczne i żebyśmy potrafili usłyszeć te delikatne ostrzeżenia, że “to jednak nie dla mnie”.

Żeby życie było raczej stałym rytmem niż huśtawką. Bez nadmiaru cukru i bez cierpienia, kiedy jego poziom nagle spada.

A miłość? “Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał…” dalej już znacie :)

Pozdrawiam ciepło w ten bardzo zimowy (znowu) dzień :) i dajcie znać jak to u was z tymi “słodkościami ” jest.