Stacja 5

 

„Byłem w potrzebie, a pomogliście mi.”
(Ewangelia Mateusza 25,35-40)

Był kiedyś w życiu czas, w którym czułam, że muszę zniknąć.
Że świat, bliscy, codzienność, wszystko — lepiej poradzi sobie beze mnie.
Nie zastanawiałam się wtedy, czy odejść.

Pytałam tylko siebie: jak to zrobić.

Kiedyś, w jednej z rozmów, usłyszałam dokładnie te same słowa — wypowiedziane jako opis stanu głębokiej depresji.
Tylko że wtedy, gdy ja go czułam, samo słowo depresja było jeszcze prawie nieznane.

Nie mówiło się o nim, nie rozumiało go, a często po prostu pomijano.

Zniknęłam  — ale w zupełnie inny sposób, niż mogłam sobie wyobrazić.
Nie myślę już dziś o tym, jakie zniknięcie byłoby wygodniejsze dla innych, być może to „inne” całkowite…
Ale Bóg miał dla mnie inny plan.

Na mojej drodze „przypadkowo” pojawił się człowiek, który — odkładając na chwilę bagaż swojej własnej wędrówki
— wziął na ramiona mój.
Podał rękę.
Pomógł mi wydostać się z pułapki, którą sama sobie zbudowałam, nie zostawiając z niej żadnej drogi wyjścia.
Czy znalazł się tam przypadkiem, tak samo jak Szymon, który mógł przecież wcale tamtędy nie przechodzić?
Tego nie wiem.

Nie wiem też, czy Szymon naprawdę został zmuszony, by zostawić swoje sprawy i pomóc nieść krzyż,
czy zrobił to z potrzeby serca.
Nikt z nas tego nie wie — nie byliśmy przecież świadkami tamtej chwili.

Kiedyś ktoś zwrócił mi uwagę, że mój opis tej stacji Drogi Krzyżowej nie jest zgodny z prawdą, bo napisałam, że Szymon ochoczo wybiegł z tłumu, by nieść pomoc, a on został wypchnięty na siłę.
Ale ja już wtedy patrzyłam na tę historię przez pryzmat własnego życia.
Bo ktoś, naprawdę, ochoczo rzucił mi się na ratunek.
Dlatego dziś wolę prawdę widzianą oczami mojego serca — taką, która wyrasta z mojego doświadczenia.

Dziś też wiem, że nie każdy krzyż da się unieść samemu.
Wiem też, że Bóg czasem odpowiada na nasze nieme wołanie nie spektakularnym cudem, ale cichą obecnością drugiego człowieka. 
Takiego, który nie musi nic mówić, nie zna żadnej odpowiedzi, ale trwa — i zabiera nasz ciężar przez chwilę,
która może zmienić wszystko.

Długo nie rozumiałam, dlaczego to właśnie mnie ktoś pomógł. Przecież nie prosiłam, nie wołałam, bo nie wierzyłam, że jeszcze można mnie ocalić.
A jednak ktoś się zatrzymał.

Może i Ty, czytając to, jesteś dziś w miejscu, w którym świat wydaje się lżejszy bez Ciebie.
Może zastanawiasz się nie czy, ale jak.
Jeśli tak jest — nie szukaj drogi wyjścia w samotności.
Bo nawet jeśli Ty już nie masz siły wołać — On potrafi posłać kogoś, kto usłyszy Twój szept.
Kogoś kto „przypadkowo” skręci w Twoją stronę, choć miał iść w zupełnie innym kierunku.

Kogoś, kto stanie się Twoim Szymonem.