Kolejne święta przechodzą do wspomnień.

Dziś będę rozbierała choinkę.

Za oknem biało – śnieg sypie cicho, mąż odśnieża, a ja celebruję poranek przy filiżance kawy.

Myślę o tym, co ten kolejny, już sześćdziesiąty drugi, świąteczno-noworoczny czas wniósł w moje życie.

Wniósł spokój.

Poczucie bezpieczeństwa.

Świadomość, że stworzyliśmy razem piękny dom. Wspólnotę. Bezpieczny czas, którym obdarowujemy się wzajemnie.

Jestem za to wdzięczna.

Za ten czas, który już za nami i który ubogacił nas w pewność, że nasz dom to nie tylko bezpieczna przystań,

ale też bezpieczne porozumienie dusz i serc – miejsce, w którym oboje czujemy się dobrze.

Chciałabym, aby takich chwil, takich świątecznych dni było w naszym życiu jeszcze jak najwięcej.

Cieszę się, że zatrzymałam się w pędzie tworzenia.

W pędzie „muszę”.

W pędzie udowadniania światu, że coś trzeba robić, coś trzeba dawać, coś trzeba osiągać.

Dziś już wiem, że wystarczy być.

Wystarczy cieszyć się tym, że jestem.

Nie trzeba o nic zabiegać.

Kto będzie chciał – doceni.

Kto chce zostać – zostanie.

Kto chce odejść – niech odejdzie.

Jak mówi stare powiedzenie: puść wolno to, co twoje – wróci.

Śnieg pada tak cicho wyciszając przy tym świat, że budząc się rano, miałam wrażenie, jakby to była kolejna niedziela.

Mąż śmiał się, że z tymi niedzielami mam ostatnio jakąś szczególną “fazę”.

Może to prawda.

Może moje życie powoli staje się po prostu niedzielą.

To cisza padającego śniegu sprawiła, że nie poczułam, iż to zwyczajny dzień.

Bo przecież każdy dzień może być niedzielą, prawda?

Może niedziela to nie tylko dzień tygodnia, lecz stan serca?