Pewnie już dawno zauważyliście, że w czasach wielkich marketów i galerii handlowych coraz trudniej znaleźć małe sklepiki

takie z duszą.

Takie, do których chodziło się nie tylko po zakupy, gdzie pani za ladą znała swoich klientów, gdzie można zamienić kilka słów i gdzie chciało się wracać. Na szczęście nie wszystkie zniknęły.

Są jeszcze takie miejsca, które obroniły się przed pośpiechem i anonimowością.

Miejsca, które mają w sobie coś prawdziwego.

Przez trzynaście lat dawałam się porwać światu mediów społecznościowych, poczuciu że jeśli pisarza nie ma na Facebooku,

to właściwie nie istnieje.

A  żeby dotrzeć do czytelników, trzeba być coraz bardziej widocznym, coraz częściej publikować,

coraz głośniej przypominać o swoim istnieniu.

Jak na targu – “do mnie do mnie”…

A ten targ robił się coraz większy i głośniejszy i kogo więcej, kto głośniejszy, szybszy ten no właśnie co…

załapywał się na czyjeś bezmyślne scrollowanie?

Nie potrafię, nie pasuję nie chcę żeby ktoś coś mi narzucał, a już szczególnie algorytm.

A ja przecież zaczynałam inaczej.

Zaczynałam od bloga.

Od pisania przy kubku kawy. Od słów, które płynęły spokojnie, bez pośpiechu i bez patrzenia na statystyki.

Potem przyszły fanpage’e, transmisje, filmy, kolejne pomysły.

Było ich dużo. Bardzo dużo.

Ale gdzieś po drodze u mnie też zrobiło się bardzo głośno, bo na mojej stronie przelewało się od tego wielkiego targowiska,

czyli wmawiania mi czego potrzebuję, żeby zostać zauważoną.

Ponad tysiąc „obserwujących’”?

Pięknie… tylko ja kompletnie nie wiedziałam kim jest większość z nich.

Dlatego wczoraj zlikwidowałam  moją autorską stronę na Facebooku.

Usunęłam ponad sto filmów z YouTube’a.

I nie piszę tego ze smutkiem.

Przeciwnie. Mam uczucie, jakby ktoś otworzył okno w dusznym pokoju.

Przejrzałam też wiele swoich dawnych tekstów i myślę sobie: „To była Gabrysia z tamtego czasu, to już nie jest moje”

Wczoraj dostałam zdjęcie murala, na którym były ilustracje z napisami „kiś ogórki – nie emocje”

a ja pomyślałam, że taka kiszonka zrobiła się właśnie też na mojej stronie.

Bo człowiek się zmienia. Dojrzewa. Odpuszcza rzeczy, które już mu nie służą. Szuka tego, co naprawdę jego.

Doszłam do wniosku, że to wszystko było potrzebne.

Każdy wpis, każde spotkanie, każdy film.

To była moja droga. Moja rozgrzewka przed czymś nowym.

Nie zaczynam od zera. Zaczynam od początku.

To nie jest to samo. Bo początek można mieć każdego dnia, nawet wtedy, gdy wydaje się, że wszystko już było.

NIE interesują mnie liczby, NIE obchodzi mnie, ilu ludzi kliknie „Lubię to”.

Już nie… choć paradoks polega na tym, że wydawnictwa zanim podejmą współpracę z autorem

sprawdzają jakie ma „zasięgi” więc nie mam ;)

Bardziej cieszy mnie kilka osób, które naprawdę są.

Które zaglądają nie dlatego, że przypomniał im o mnie algorytm, ale dlatego, że chcą usiąść na chwilę przy wspólnym stole.

I chyba właśnie do takiego miejsca wracam.

Do miejsca z duszą.

Do spokojnych rozmów, do pisania bez pośpiechu, do ludzi, których znam z imienia, i do ciszy, w której dojrzewają słowa.

Cieszę się, że jesteś tutaj ze mną, zostaniesz? 

Ps. W zakładce subskrybcja możesz zostawić swój adres mailowy.