Ostatnio dużo mówię w moich leśnych refleksjach o tym, że po przejściu trąby powietrznej nasz las… ten, na który patrzę z okna, ten, w którym tak bardzo lubię przebywać i ten, z którego nagrywane były do tej pory wszystkie moje leśne refleksje… został bardzo zniszczony.

Do tego stopnia, że jest tam teraz zakaz wstępu, przynajmniej do czasu, aż wszystko zostanie uporządkowane.

Bardzo nad tym bolałam.

Bo wiecie, dla jednego to po prostu las. A dla mnie to było miejsce, do którego mogłam wyjść, kiedy chciałam pobyć sama ze swoimi myślami. Miejsce, które znałam. Miejsce, które jest blisko. Miejsce, które stało się częścią mojej codzienności.

Ale po drugiej stronie naszej małej dzielnicy jest jeszcze jeden las.

Znałam go do tej pory głównie z wycieczek rowerowych. Przejeżdżaliśmy tamtędy wiele razy. Ale jakoś tak z czasem bardziej niż jazdę na rowerze pokochałam chodzenie.

Po prostu chodzenie.

I ponieważ potrzeba pójścia do lasu jest chyba silniejsza ode mnie, w końcu postanowiłam wybrać się właśnie tam.

Kto śledzi mój kanał na YouTubie, ten już widział kilka filmików nagranych w tym nowym dla mnie miejscu.

Wiedziałam, że jest tam kapliczka. Zresztą nie jedna. Zawsze mijaliśmy ją na rowerze.

I moja pierwsza wyprawa pieszo była właśnie do tej kapliczki i z powrotem.

Łącznie z wyjściem z domu wyszło dokładnie sześć kilometrów.

No więc już taki całkiem słuszny spacerek.

Czyli pewnie te modne, a może już wymagane, dziesięć tysięcy kroków.

I tak sobie chodziłam, chodziłam…

Aż obliczyłam, że dojście do tej kapliczki zajmuje mi mniej więcej tyle, ile odmówienie całego różańca.

A ja bardzo lubię odmawiać różaniec właśnie w lesie.

Więc droga do kapliczki stała się dla mnie czasem modlitwy.

A powrót?

Powrót to już zupełnie coś innego.

Po różańcu umysł jest wyciszony. I wtedy można już po prostu iść.

Celebrować zapach lasu.

Ciszę.

Spokój.

Ten szczególny leśny spokój, który da się do końca opisać tylko komuś, kto potrzebuje lasu tak bardzo, jak ja.

I dzisiaj wydarzyło się coś, czym chcę się z Wami podzielić.

Mój mąż nagle poczuł, że musi jechać ze mną.

W sensie – ja pieszo, a on na rowerze.

No bo wiecie… sezon grzybowy. :)

I teraz muszę Wam powiedzieć, dlaczego to, że pojechał dzisiaj ze mną, okazało się tak ważne.

Mniej więcej trzy lata temu mój mąż został w tamtym lesie zaatakowany przez szerszenia.

I to bardzo paskudnie.

W pobliżu tej właśnie kapliczki znajduje się budka lęgowa. I z tej budki zupełnie niespodziewanie wyleciał szerszeń i zaatakował mojego męża.

Użądlił go w głowę.

To było bardzo bolesne, bardzo nieprzyjemne i przede wszystkim bardzo nagłe.

Bo to nie było tak, że mój mąż go drażnił.

Nie podchodził do gniazda.

Nie próbował go przeganiać.

Po prostu znalazł się w miejscu, które najwyraźniej szerszeń uznał za swoje terytorium.

Na drugi dzień jeden z naszych sąsiadów zbierał tam grzyby i również został zaatakowany.

Na szczęście wtedy u nas wszystko skończyło się dobrze,  a w przypadku sąsiada było to naprawdę bardzo poważne zdarzenie i potrzebna była pomoc pogotowia.

I dzisiaj…

Ja sobie zupełnie beztrosko idę do mojej ulubionej kapliczki.

Mąż gdzieś tam bokami jeździ na rowerze i szuka grzybów.

A ponieważ szłam dzisiaj trochę dalej, jego jeszcze nie było.

I nagle dzwoni telefon.

Mąż.

Mówi mi, że w tej samej budce lęgowej znowu są szerszenie.

I że kiedy tamtędy przejeżdżał, one krążyły na zewnątrz.

Powiedział, żebym uważała, kiedy będę wracać.

No i wiecie…

Znając tę historię i wiedząc, jak potrafią zaatakować zupełnie znienacka, trochę się przestraszyłam.

Mąż czekał już przed tą budką i obserwował, czy szerszenie są na zewnątrz, czy schowały się do środka.

Ja narzuciłam koszulę, którą miałam ze sobą, na głowę, opatuliłam się…

I kiedy dał mi znak, po prostu przebiegłam.

Wiecie, co sobie później pomyślałam?

Że chodziłam tamtędy zupełnie nieświadoma i mogłam tak chodzić jeszcze kilka razy.

Mogłam przechodzić obok tej budki, nie wiedząc, że znowu są tam szerszenie.

I być może któregoś dnia bardzo boleśnie przekonałabym się o ich obecności.

A mój mąż?

Sam powiedział, że nie wie, co go dzisiaj tak natchnęło, żeby pojechać ze mną.

Po prostu poczuł, że chce jechać.

I pojechał.

Dlatego też mu powiedziałam, że cieszę się, że ma taką intuicję i przede wszystkim, że jej posłuchał.

Bo czasami tak mamy, że coś nam szepce do ucha, w duszy nam coś gra, ale my tego nie słuchamy.

Bo przecież często wydaje nam się, że to tylko przypadek.

Jakaś myśl.

Jakiś impuls.

Takie dziwne uczucie, którego nawet nie potrafimy logicznie wytłumaczyć.

A może właśnie nie wszystko trzeba potrafić wytłumaczyć?

Może czasami warto zatrzymać się na chwilę i posłuchać tego, co mówi nam serce.

Tego cichego głosu, który czasami każe nam gdzieś pójść, a czasami właśnie nie iść.

Zadzwonić do kogoś.

Zostać jeszcze chwilę.

Zmienić plany.

Albo, tak jak dzisiaj w przypadku mojego męża, po prostu wsiąść na rower i pojechać ze mną, choć właściwie sam nie wiedział dlaczego, bo wcześnie rano już był na grzybach.

Bo może intuicja nie zawsze mówi do nas głośno.

Czasami tylko lekko puka.

Czasami coś nam szepcze.

A czasami w duszy po prostu zaczyna nam coś grać.

I może warto wtedy posłuchać.

Bo być może nie bez powodu pojawia się w nas ten niepokój, to przeczucie, ta nagła myśl.

Nie wszystko musimy rozumieć od razu.

Nie wszystko musimy umieć logicznie wyjaśnić.

Ale może warto nauczyć się bardziej ufać sobie.

Ufać temu cichutkiemu głosowi, który czasami wie wcześniej niż nasz rozum.

Dzisiejszy spacer po raz kolejny mi o tym przypomniał.

Że intuicja może być bardzo cicha.

Ale czasami jej posłuchanie może naprawdę wiele zmienić.

A może nawet… przed czymś nas uchronić.