Stacja III
Po tym, jak pewien mężczyzna uderzył mnie w głowę, upadłam.
Poczułam tylko smak krwi… i upadłam.
A potem uderzył mnie jeszcze raz — gdy podczas zrywania z mojej szyi łańcuszka z krzyżykiem na chwilę odzyskałam przytomność.
Co było dalej?
Nie pamiętam.
Nie wiem też, ile czasu leżałam nieprzytomna.
A jednak, choć tego nie pamiętam, jakoś wydostałam się z krzaków i szłam środkiem drogi z zakrwawioną głową.
Mogłam wtedy umrzeć — wykrwawić się na śmierć.
Ale On miał dla mnie inny plan.
Plan na moje dalsze życie.
Wyprowadził mnie z ciemności i pozwolił, by ktoś mnie znalazł i doprowadził do domu.
Długo trwało, zanim zniknęły wszystkie widoczne ślady.
Te niewidoczne zostały do dziś.
A jednak żyję.
I robię rzeczy, których wcześniej nawet nie potrafiłam sobie wyobrazić.
Kiedy wspominam to wydarzenie, widzę, jak nikłe były wtedy szanse na przeżycie.
Z powodu tego, że ktoś chciał zdobyć moją torebkę i srebrny łańcuszek, mogłam już nie wstać.
Mogłam umrzeć.
Można upaść fizycznie.
Można upaść moralnie.
Można upaść na duchu.
A czasem upadamy pod ciężarem naszego krzyża —
tak jak On.
Upadki są wpisane w nasze życie.
„Ciągle zaczynam od nowa, choć czasem w drodze upadam,
wciąż jednak słyszę te słowa:
kochać to znaczy powstawać.”
Z wielkim sentymentem wspominam tę oazową piosenkę.
Choć tak naprawdę rozumiem ją dopiero teraz, po kilkudziesięciu latach:
„Chciałam Ci w chwilach uniesień
życie poświęcić bez reszty,
przyjm jednak małość, o Panie —
weź serce me takie, jakie jest.”
Dlaczego On upadł pod krzyżem,
skoro sam zgodził się go nieść?
Może po to,
byśmy wiedzieli,
że nie sam upadek jest najważniejszy —
ale to,
co nastąpi później.
2 komentarze
Comments are closed.




Gabrysiu Kochana, To, co napisałaś, porusza do głębi… 💔
Nie umiem sobie nawet wyobrazić, ile w Tobie było wtedy strachu, bólu i bezradności – a jednocześnie ile dziś jest w Tobie siły. To, że potrafisz o tym mówić i nadać temu sens, jest czymś niezwykłym.
Przeszłaś przez taką ciemność i wciąż idziesz dalej, krok po kroku – z wiarą, refleksją i ogromnym sercem.
Twoje słowa dają nadzieję, że nawet po najgorszym upadku można się podnieść.
Jesteś bardzo dzielna.
Pozdrawiam cieplutko
Dziękuję Igo kochana. Wiesz to było jakieś 30 lat temu i tak naprawdę zakopałam to gdzieś, bo wtedy nikt w ten temat za bardzo się nie zagłębiał. Było, minęło. Rana głowy się zagoiła, sińce z twarzy poznikały i życie toczyło się dalej. Dopiero jakiś czas temu mój pan fizjoterapeuta, chcąc dociec skąd u mnie takie nawracające porażenia nerwu trójdzielnego i tak mocne napięcie skóry na głowie – zapytał czy się kiedyś tak solidnie nie uderzyłam. Powiedziałam mu, o tym przeżyciu ale nie sądziłam że to ma jakiekolwiek znaczenie po tylu latach. On aż usiadł i mówi, że miał to wiedzieć od samego początku, bo to ma istotne znaczenie w całej mojej fizjoterapeutycznej historii. No tak i jak się okazuje nie tylko (fizjo)terapeutycznej. Teraz to już wiem, ale wiem też to, że oprócz tego że można się podnieść, wszystko każde uderzenie (nie tylko fizyczne) nie mija ot tak, bo zostawia ślad, którego niczym nie da się zagłuszyć. Buziaki przesyłam.