Stacja III
Po tym, jak pewien mężczyzna uderzył mnie w głowę, upadłam.
Poczułam tylko smak krwi… i upadłam.

A potem uderzył mnie jeszcze raz — gdy podczas zrywania z mojej szyi łańcuszka z krzyżykiem na chwilę odzyskałam przytomność.

Co było dalej?
Nie pamiętam.
Nie wiem też, ile czasu leżałam nieprzytomna.

A jednak, choć tego nie pamiętam, jakoś wydostałam się z krzaków i szłam środkiem drogi z zakrwawioną głową.
Mogłam wtedy umrzeć — wykrwawić się na śmierć.
Ale On miał dla mnie inny plan.
Plan na moje dalsze życie.

Wyprowadził mnie z ciemności i pozwolił, by ktoś mnie znalazł i doprowadził do domu.

Długo trwało, zanim zniknęły wszystkie widoczne ślady.
Te niewidoczne zostały do dziś.

A jednak żyję.
I robię rzeczy, których wcześniej nawet nie potrafiłam sobie wyobrazić.

Kiedy wspominam to wydarzenie, widzę, jak nikłe były wtedy szanse na przeżycie.
Z powodu tego, że ktoś chciał zdobyć moją torebkę i srebrny łańcuszek, mogłam już nie wstać.
Mogłam umrzeć.

Można upaść fizycznie.
Można upaść moralnie.
Można upaść na duchu.

A czasem upadamy pod ciężarem naszego krzyża —
tak jak On.

Upadki są wpisane w nasze życie.

„Ciągle zaczynam od nowa, choć czasem w drodze upadam,
wciąż jednak słyszę te słowa:
kochać to znaczy powstawać.”

Z wielkim sentymentem wspominam tę oazową piosenkę.
Choć tak naprawdę rozumiem ją dopiero teraz, po kilkudziesięciu latach:

„Chciałam Ci w chwilach uniesień
życie poświęcić bez reszty,
przyjm jednak małość, o Panie —
weź serce me takie, jakie jest.”

Dlaczego On upadł pod krzyżem,
skoro sam zgodził się go nieść?

Może po to,
byśmy wiedzieli,
że nie sam upadek jest najważniejszy —

ale to,
co nastąpi później.